Nie taka Laponia zimą straszna…
Do Laponii przyjechaliśmy 25 listopada 2008 roku. Po długiej podróży z Jyvaskyla i kilkugodzinnym przystanku w Rovaniemi zakwaterowano nas w ośrodku turystycznym Vasatokka (położonym w odległości 10 km od Inari). W sumie pokonaliśmy autobusem dystans 850 kilometrów. Przybyliśmy tam późnym wieczorem, więc udzielono nam informacji na temat ośrodka i jego oferty wypoczynkowej przeznaczonej dla gości oraz powiedziano, że następnego dnia o 9 rano wszyscy spotykamy się w świetlicy.
Nazajutrz zgromadziliśmy się w ustalonym miejscu, o umówionej porze. Była 9 rano, a za oknami wciąż ciemno. Esko i Kirsi – nasi opiekunowie – udzielili nam niezbędnych informacji odnośnie tutejszych warunków, a także jak przetrwać w tak trudnym klimacie. Jednocześnie sprawdzają nasze ubrania, czy są wystarczająco ciepłe. Na dworze termometry wskazywały 20 stopni poniżej zera, a mieliśmy spędzić na świeżym powietrzu czas do zapadnięcia zmroku, czyli do około godziny 15.
Niecałą godzinę później wyruszyliśmy do celu, jakim było pobliskie zamarznięte jezioro. Gdy wyruszaliśmy już świtało. Oto jak wygląda tutejszy dzień o tej porze roku. Åšwit zaczyna się około 9:30 i trwa do kilkunastu minut przed południem. Wtedy na niebie na parędziesiąt minut pojawia się słońce. Wychyla się odrobinę ponad linię horyzontu by za kilka chwil się znów za nią schować. Po zachodzie słońca do około 15 panuje zmierzch. Za kilka dni nastanie noc polarna.Â
Najpierw łowiliśmy ryby pod lodem przy pomocy specjalnych wierteł i wędek. Ja osobiście nic nie złapałem, ale inni mieli więcej szczęścia. Następnie budowaliśmy domki ze śniegu na wzór igloo. Rzecz wymagała sporego wkładu pracy i zgrania zespołu, aby dobrze sobie z tym poradzić.
Cały czas dokuczał nam mróz. Pilnowaliśmy się nawzajem czy na naszych twarzach nie zaczynały pojawiać się białe przebarwienia – początki odmrożeń. Kilka metrów od jeziora znajdowało się obozowisko, w którym można było się ogrzać przy ognisku pijąc gorący, tradycyjny, fiński napój owocowy (glogi).
Po zbudowaniu domków o godzinie 12:30 udaliśmy się do obozowiska na obiad. W menu: ziemniaki puree, kiełbasa z rusztu, smażone ryby. Obowiązkowe było wypicie co najmniej jednego kubka glogi na osobę. Â
Tuż po obiedzie test na orientację w terenie. Ruszyliśmy do lasu w rakietach śnieżnych na nogach z powodu grubej warstwy śniegu i z mapami. Podzielono nas na drużyny. W punktach kontrolnych czekały na nas zagadki dotyczące Laponii i Finlandii. Musieliśmy się spieszyć, gdyż dzień chylił się ku końcowi.
Po odnalezieniu wszystkich punktów zaznaczonych na mapie wróciliśmy do obozowiska. Grzaliśmy się przy ognisku i piliśmy mocną kawę. Po chwili ruszyliśmy do ośrodka.
Wróciwszy do swoich domków mieliśmy czas wolny. Można go było wykorzystać na pójście do sauny, a następnie kąpiel w jeziorze (wywiercono nam specjalny przerębel do tego celu), spotkania towarzyskie, drzemkę, itd. Spokój zburzyła wiadomość o dobrych prognozach dotyczących zorzy polarnej. Tego dnia miała być widoczna. Najlepsza pora obserwacji zorzy polarnej przypada późnym wieczorem – między godziną 22 a północą. Czekaliśmy półtorej godziny i nagle pojawiła się. Nie tak widowiskowa jak w filmach przyrodniczych, ale mimo niepozorności byliśmy jej naocznymi świadkami. To była nasza zorza polarna. Z uczuciem radości wróciliśmy do ośrodka.
Następnego dnia znowu musieliśmy wcześnie wstać.
