Halloween – Rob Zombie wraca do formy
Zdecydowanie wolę Roba Zombiego jako twórcę muzyki niż reżysera i scenarzystę. Jego utwory były wykorzystywane w soundtrackach wszystkich części Matrixa i świetnie komponowały się z kreowanym tam światem. Z karierą twórcy filmowego szło mu dużo gorzej – Robuś ma na koncie dwie produkcje: beznadziejny „Dom 1000 ciałâ€ i jego jeszcze gorszą kontynuację „Bękarty diabłaâ€. Oba tytuły to typowe firmy gore – krew na ścianach, nóż w bebechach itd. Dobra rzeźnia na ekranie jest dla mnie zawsze mile widziana, ale Robie jakoś sobie nie radził z podejściem i usiłując być bardziej krwawym, histerycznym, realistycznym i groteskowym od swych poprzedników wpadał w pułapkę własnych ambicji i tworzył obrazy niesmaczne nawet dla mnie. Dlatego z podchodziłem z dużym dystansem do jego ostatniego dzieła i z satysfakcją stwierdzam – przyjemnie się rozczarowałem.
Ale oddajmy cesarzowi, co cesarskie – Rob nie jest twórcą „Halloweenâ€, lecz dostał szansę na opowiedzenie tej krwawej sagi od początku, co w ostatnich latach stało się nagminne. Pierwowzór powstał w roku 1978, a stał za nim John Carpenter, ówczesny książe (król to za duże słowo) kina klasy B. Film doczekał się licznych i założenia coraz gorszych, kontynuacji. Robie dostał sprawdzony patent i przepuścił go przez swój zwichrowany umysł i oto mamy nowe „Halloweenâ€.
Rob zdecydowanie wyszedł poza swój dotychczasowy schemat i zrobił film o wiele głębszy od poprzednich, który można analizować na kilku płaszczyznach. Oto miasteczko Haddonfield i urocza familia Mayersów. Mama Mayers jest striptizerką w lokalnym klubie, dorabiającą na boku… jednym boku, drugim boku, plecach i w innych konfiguracjach horyzontalnych. Córcia Mayers – lat 16, seksualnie wyzwolona (przypuszczam, że po mamusi) nastolatka, wzywający styl bycia, ubiór, słownictwo i libido. Konkubent Mayers – urocze indywiduum, trzeźwy ostatni raz był gdzieś w okolicy 1967, w wyniku jakiś libacyjnych perturbacji – zagipsowany na większości ciała. Judith Myers – jeszcze nieprzejawiająca zachowań patologicznych, ale ma dopiero trzy miesiące wiec wszystko przed nią. I ulubieniec tłumów, faworyt widzów: Michael Myers, lat dwanaście, hobby – patroszenie żywcem zwierzątek wszelakich. W takiej rodzinie niewiele trzeba, aby zmienić człowieka w potwora i będziemy mieli okazję z perwersyjną satysfakcją, obserwować jak przebiega ten proces. 31 października, szkolny chuligan postanawia udowodnić Michaelowi kto jest większym ważniakiem. Młody Mayers nie zostawia tego bez odzewu – dopada swego dręczyciela na nieuczęszczanej parkowej ścieżce i przy pomocy solidnego konara zmienia głowę swej ofiary w mielonkę. Upojony nowym uczuciem i własną potęgą, wraca do domu i z zimnym wyrachowaniem zmienia go w rzeźnię – na pierwszy ogień idzie maminy gach, potem siostrzany gach i wspomniana siostra. Powracająca z pracy matka znajduje go z na schodach domu, niańczącego słodko śpiącą, najmłodszą Mayerównę. Zaczyna się kolejny rozdział w życiu Michale – szpital psychiatryczny. Spędzi tam kolejne 15 lat, stając się największym wyzwaniem dr Sama Loomisa, dla którego będzie szansą na zrozumienie natury i pochodzenia zła. Dorosły Michael postanowi w końcu opuścić szpital, bynajmniej nie w biurokratyczny sposób i wrócić do starych nawyków.
Z pewnością siła filmu tkwi w aktorach; Daeg Faerchgrający nastoletniego Micheala Myersa jest absolutne rewelacyjny – przerażający, wyalienowany, małoletni, zimny psychopata. Wystarczy jeden rzut oka i żaden normalny rodzic nie pozwoliłby swemu dziecku na wspólne spędzanie z nim czasu. Malcom McDowell jako psychiatra dr Sam Loomis to oczywiście klasa sama w sobie, ale jest to aktor bardzo pracowity, mający w swoim portfolio ponad sto ról kinowych i serialowych. Reszta obsady również staje na wysokości zadania i wszystkie kluczowe dla fabuły postacie są obsadzone z głową. Film ma również świetne zdjęcia – kamera jest ciągle w ruchu – Rob potrafi doskonale budować czytelne i pełne napięcia obrazy; jego naturalistyczne tworzenie kompozycji kadru, które było tak meczące w poprzednich produkcjach, tu jest wykorzystane w bardziej stonowanym stylu, co procentuje świetnymi zdjęciami.
Film wychodzi poza ramy typowego horroru gore – ukazanie psychologicznego aspektu Micheala, pokazanie jak pogrąża się w szaleństwie, jak zmienia się jego osobowość podczas daremnych sesji z dr Lommisem, nadaje szerszego kontekstu jego zbrodniom. Jego obsesja na tle masek i nienawiść do własnej twarzy, coraz głębsze odcinanie się od świata i autystyczne postrzeganie rzeczywistości tworzy psychopatę z krwi i kości i pozwala na zupełnie inny odbiór tego filmu – szczególnie osobom z wykształceniem pedagogicznym lub psychologicznym.
Reasumując – gratuluje panie Zombie, uczynił pan krok w dobrym kierunku i z niecierpliwością czekam na więcej.
